“Napoleon Enters Lithuania” from “Pan Tadeusz” by Adam Mickiewicz, translated from the Polish by Leonard Kress

cheek square mercury
“Other Cheek” by Andrew Reilly

Adam Mickiewicz (1798-1855) is regarded as the national poet of Poland (and also Belarus and Lithuania). He was the principal figure in Polish Romanticism, best known for the epic Pan Tadeusz, about the Poles living in the Lithuanian countryside during the partition of Poland—awaiting the arrival of Napoleon’s army to free them from Russian domination. Mickiewicz’s writing draws heavily on Slavic folklore, Polish nationalism, and contemporary European politics.

Napoleon Enters Lithuania (from Pan Tadeuz)

 

When the cattle were driven to pasture
that spring, although they were famished and lean,
they reluctantly went and would not venture
near the spring corn that was already green,
sprouting up from the frozen ground. Instead,
they fell to the ground where the earth was plowed,
where each cow in turn lowered its head,
and chewing its cud of winter feed, bellowed.

The peasants, too, dragging their wooden plows,
did not celebrate the end of winter
by singing songs; they had been hard to rouse
for work, and now they lazily saunter,
as though they forgot how to sow and reap;
halting so often their oxen fall asleep.

They anxiously gazed at the western sky,
as if they expected to see something divine;
something was strange with the birds flying by:
the stork had returned to its native pine,
its white wings spread an early standard of spring.
The chattering swallows flocked by the lake,
gathering mud for the nests they were making.
That night strange calls could be heard in the brake:
the sound of woodcocks dragging bits of hay.
Above the forest, a flock of wild geese,
weary from flight, honking leads the way.
Beyond them, cranes whose wailing would not cease.
hearing this, the watchman asks astonished:
what confusion the winged kingdom brings,
and why the birds had been so early banished.

Soon flocks of finches, plover, and starlings
appear amid bright tufts and flashing plumes,
to rise up in the hills, fall to the meadows—
and so it seems a new cavalry looms:
a strange array of uniforms and rows 
and rows of never before seen weapons.
Platoons arrive like gushing, melting snows,
flooding the roads. The clatter of iron
shod feet accompanies the sight of black shakos
and glittering bayonets in the distance,
an infantry countless as swarming ants.                                                          

All faced north, for it seemed now that the spring
arrived, everything moved behind the birds,
driven by some mysterious promptings
from the southern paradise northward.

Horses and men, cannon and campfires aglow;
everywhere the earth trembles, a thunderous roar.

War! War! In Lithuania there is no
place so remote, no province so far
away that sounds of war could not be heard.
in forests, where peasants had dwelt for years,
where generations had never ventured
beyond the trees, those who had no other fears
than gusting wind and cold, now heard strange cries.
Men who had known no other guests than beasts
that shared the woods, heard sounds they couldn’t recognize:
the sky strangely aglow, something released,
which seemed to stray from the field of battle,
seeking the forest where it tore up stumps,
shredded branches, uprooted the nettle.
The bison in the moss raised up their rumps
and shuddered, the long gray hair of their manes
bristled as they propped themselves on front legs
and gazed at the wondrous sparks in the heavens—
when all of a sudden, amid some twigs,
a smoldering shell whirled and hissed,
and split apart a trunk like a lightning bolt.
The bison had never before witnessed
such might, and fled to hide from the assault.

But where was the battle? The young men ask;
they seize their arms; women throw up their hands
in despair; and they all put on the mask
of war, certain of triumph in their lands.
“God’s with Napoleon!” they shout and weep,
“And the great Napoleon is with us!”


Księga 11: Rok 1812

Kiedy pierwszy raz bydło wygnano na wiosnę,
Uważano, że chociaż zgłodniałe i chude,
Nie biegło na ruń, co już umaiła grudę,
Lecz kładło się na rolę i, schyliwszy głowy,
Ryczało albo żuło swój pokarm zimowy.
I wieśniacy, ciągnący na jarzynę pługi,
Nie cieszą się jak zwykle z końca zimy długiéj,
Nie śpiewają piosenek: pracują leniwo,
Jakby nie pamiętali na zasiew i żniwo.
Co krok wstrzymują woły i podjezdki w bronie
Wiosna, PtakI poglądają z trwogą ku zachodniej stronie,
Jakby z tej strony miał się objawić cud jaki,
I uważają z trwogą wracające ptaki.
Bo już bocian przyleciał do rodzinnej sosny
I rozpiął skrzydła białe, wczesny sztandar wiosny;
A za nim, Błotokrzykliwymi nadciągnąwszy pułki,
Gromadziły się ponad wodami jaskółki
I z ziemi zmarzłej brały błoto na swe domki.
W wieczór słychać w zaroślach szept ciągnącej słomki
I stada dzikich gęsi szumią ponad lasem,
I znużone na popas spadają z hałasem,
A w głębi ciemnej nieba, wciąż jęczą żurawie.
Słysząc to, nocni stróże pytają w obawie,
Skąd w królestwie skrzydlatym tyle zamieszania,
Jaka burza te ptaki tak wcześnie wygania?
WojnaAż oto nowe stada: jakby gilów, siewek
I szpaków, stada jasnych kit i chorągiewek
Zajaśniały na wzgórkach, spadają na błonie:
Konnica! Dziwne stroje, niewidziane bronie!
Pułk za pułkiem; a środkiem, jak stopione śniegi,
Płyną drogami kute żelazem szeregi;
Z lasów czernią się czapki, rzęd bagnetów błyska,
Roją się nieźliczone piechoty mrowiska.
Wszyscy na północ: rzekłbyś, że w on czas z wyraju
Za ptastwem i lud ruszył do naszego kraju,
Pędzony niepojętą, instynktową mocą.
Konie, ludzie, armaty, orły, dniem i nocą
Płyną; na niebie gorą tu i ówdzie łuny,
Ziemia drży, słychać, biją stronami pioruny. —
Wojna! wojna! Nie było w Litwie kąta ziemi,
Gdzie by jej huk nie doszedł. Pomiędzy ciemnemi
Puszczami, chłop, którego dziady i rodzice
Pomarli, nie wyjrzawszy za lasu granice,
Który innych na niebie nie rozumiał krzyków
Prócz wichrów, a na ziemi prócz bestyi ryków,
Gości innych nie widział oprócz spółleśników, —
Teraz widzi: na niebie dziwna łuna pała,
W puszczy łoskot, to kula od jakiegoś działa,
Zbłądziwszy z pola bitwy, dróg w lesie szukała,
Rwąc pnie, siekąc gałęzie. Żubr, brodacz sędziwy,
Zadrżał we mchu, najeżył długie włosy grzywy,
Wstaje na wpół, na przednich nogach się opiera,
I potrząsając brodą, zdziwiony spoziera
Na błyskające nagle między łomem zgliszcze:
Był to zbłąkany granat, kręci się, wre, świszcze,
Pękł z hukiem jakby piorun; żubr pierwszy raz w życiu,
Zląkł się i uciekł w głębszym schować się ukryciu.
Bitwa! gdzie? w której stronie? pytają młodzieńce,
Chwytają broń; kobiety wznoszą w niebo ręce;
Wszyscy pewni zwycięstwa, wołają ze łzami:
«Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami!»

✶✶✶✶

lkress-photo

Leonard Kress has published poetry, fiction, and translations from the Polish in the Missouri Review, Massachusetts Review, Iowa Review, American Poetry Review, andthe Harvard Review. His recent collections are The Orpheus Complex and Walk Like Bo Diddley.  Living in the Candy Store and Other Poems was published in 2018 and Craniotomy will appear this summer. He has also completed a new verse translation of the Polish Romantic epic Pan Tadeusz by Mickiewicz. He teaches philosophy and religion at Owens College in Ohio and edits creative nonfiction for Artful Dodge.   

Andrew Reilly has published many photos in Another Chicago Magazine.